Niewielki sąd w małej Wschowie. Ale po co?
2010-02-08
, aktualizacja: 08.02.2010 08:36
Sędzia Jarosław Sielecki, prezes Sądu Rejonowego we Wschowie podał się do dymisji. - Próbowałem nie dopuścić do upadku sądu, ale nie mam już siły. Nie dam rady pracować za trzech.
Sędzia Sielecki ma 38 lat i za sobą 10 lat orzekania. Od sześciu lat jest prezesem Sądu Rejonowego w powiatowej Wschowie. I ma już dość. Odchodzi. Wraz z Sieleckim dziś orzeka jeszcze dwóch sędziów, w tym jeden do czerwca oddelegowany ze Świebodzina. Sielecki odejdzie w marcu. Więc 1 lipca Wschowa zostanie z jednym sędzią.
Niewielki, 40-tysięczny powiat wschowski na styku Lubuskiego, Wielkopolski i Dolnego Śląska, mieszkańcy wywalczyli w 2004 r., w pięć lat po reformie administracyjnej Jerzego Buzka. Od początku sądowi szło jak po grudzie. Mało kto chciał się w nim zatrudnić. - Traktowali ten sąd jak zesłanie. Niektórzy zostali zawieszeni, inni odeszli z zawodu, jeszcze inni przenieśli się do większych miast. Próbowałem nie dopuścić do upadku, ale nie mam już siły - przyznaje Sielecki. - W tym systemie nie da się spokojnie żyć i pracować. Mamy nową konstytucję, nowy system gospodarczy, ale z minionej epoki ustrój sądów. Wykonując zawód sędziego, musiałbym płacić za to odejściem od swoich idei, zdrowiem, utratą rodziny. Dlatego zdejmuję łańcuch z godłem.
Sędzia Sielecki: Szafy pękają od akt, a my nie jesteśmy już w stanie wykonać tak tytanicznego zadania. Rodzina przestała akceptować moją pracę do wieczora. Dzieci już nie pozwalały pisać uzasadnień do północy. Pracujemy za trzech, ponad siły, a wysiłek idzie z dymem w komin.
Tylko pilne sprawy
Do sądu we Wschowie wpływa rocznie ponad 2,3 tys. spraw karnych. Do tego trzeba doliczyć ponad 2,5 tys. spraw cywilnych. Kolejne kilka tysięcy to sprawy wieczysto-księgowe i rodzinne (w ostatnich latach sąd odnotował blisko 280-procentowy wzrost). Zaległości sięgają kilkunastu miesięcy. Sędzia ma ponad 150 wokand rocznie, czyli cztery razy więcej niż przeciętny polski sędzia. Niekiedy na wyznaczenie pierwszej rozprawy cywilnej czeka się rok.
Sielecki rezygnuje z prezesury nie tylko, dlatego że jest "wypalony", ale także dlatego, że obawia się sankcji dyscyplinarnych. - Balansuję na granicy postępowania dyscyplinarnego za przekraczanie terminów i przewlekłość postępowań. Wszystko będzie można mi przypisać. Papier przyjmie wszystko i nikt nie będzie słuchał, że pracuję za czterech. Jestem odpowiedzialny za nadzór i dobrą pracę sądu, ale w takim składzie nie da się pracować - mówi.
Oprócz sędziów brakuje też woźnego, informatyka, ochroniarza. Praca sekretariatów opiera się na stażystach z pośredniaka. Po pół roku, każdego trzeba przyuczać na nowo i nadzorować.
Sąd orzeka głównie najpilniejsze sprawy - z tymczasowym aresztowaniem. Akty oskarżenia pedofila czy sprawcy śmiertelnego wypadku też muszą odczekać w kolejce. Nieraz sędziowie nie mają czasu, by przesłuchać świadków. Muszą wystarczyć akta. - Na szczęście mamy spore doświadczenie i wpadki się nie zdarzają. Ale każdy sędzia wie, że najgorsze, co może się przydarzyć, to skazanie niewinnego i tego najbardziej się boję. Jeśli sędzia jest tak przepracowany i zmuszony jest wydawać wyroki taśmowo. Dłużej takiej odpowiedzialności brać na siebie nie mogę - opowiada prezes.
Rozparcelować sąd?
Prezes Sielecki alarmował Sąd Okręgowy w Zielonej Górze, Sąd Apelacyjny w Poznaniu, w końcu ministra sprawiedliwości. - Obiecywano wsparcie, ale nigdy go nie dostałem. Pisma do ministra zostały zupełnie bez odpowiedzi.
Elżbieta Fijałkowska, rzecznik Sądu Apelacyjnego w Poznaniu nie chciała odpowiadać na nasze pytania. - Proszę pytać prezesa SO w Zielonej Górze. Nie jesteśmy winni tłumaczeń - odpowiada.
Anna Jasińska, prezes Sądu Okręgowego w Zielonej Górze: - Sytuacja kadrowa sądu we Wschowie od początku nie była wzorcowa. Mam wrażenie, że ten sąd nie ma szczęścia, choć zarządza nim dobry prezes. Często bywało tak, że nie mogliśmy zatrudnić sędziów, bo etaty były zamrożone przez zawieszonych lub chorych sędziów - tłumaczy Jasińska. Zastanawia się, czy nie lepiej byłoby, gdyby sąd we Wschowie był zamiejscowym wydziałem sądu w Lesznie, oddalonym tylko o 20 km mieście w Wielkopolsce. Twierdzi, że sytuacja ma się zmienić. Jesienią wszczęto procedury nominowania trzech dodatkowych sędziów. Na jedno miejsce zgłosiło się pięciu chętnych. Ale nominację muszą jeszcze podpisać minister sprawiedliwości i prezydent. A to potrwa kilka miesięcy.
Sędzia Sielecki: - Nawet, jeśli ktoś tu przyjdzie, to na krótko. Który z sędziów będzie dojeżdżać 100 km codziennie? Wschowa to zaścianek, kto będzie układał tu życie swoje i swojej rodziny - odpowiada. Nie wierzy w poprawę. Oblicza: - W czerwcu zostanie jeden sędzia, może zakończy się procedura nominacji trzech kolejnych sędziów. I znów będzie tylko czterech sędziów, a powinno być ich dwa razy więcej. I kto będzie uczył tych nowych sędziów bez żadnej praktyki orzeczniczej, werbowanych z referendarzy czy asystentów oraz weźmie za nich odpowiedzialność?.
- Jest jakieś rozwiązanie? - pytamy.
- Z bólem serca myślę, że likwidacja sądu. Dojrzałem do tej decyzji. Dla dobra mieszkańców, by niezbyt daleko dojeżdżać do sądu, należałoby całe gminy podpiąć pod najbliższe sądy. Sławę do sądu w Nowej Soli, Szlichtyngową do Głogowa, a Wschowę do Leszna. Choć te dwie ostatnie nie leżą w naszym okręgu i naszej apelacji. Dla mnie ta formuła, w której pracowałem, wyczerpała się. Muszę odejść, aby coś się zmieniło.
Niewielki, 40-tysięczny powiat wschowski na styku Lubuskiego, Wielkopolski i Dolnego Śląska, mieszkańcy wywalczyli w 2004 r., w pięć lat po reformie administracyjnej Jerzego Buzka. Od początku sądowi szło jak po grudzie. Mało kto chciał się w nim zatrudnić. - Traktowali ten sąd jak zesłanie. Niektórzy zostali zawieszeni, inni odeszli z zawodu, jeszcze inni przenieśli się do większych miast. Próbowałem nie dopuścić do upadku, ale nie mam już siły - przyznaje Sielecki. - W tym systemie nie da się spokojnie żyć i pracować. Mamy nową konstytucję, nowy system gospodarczy, ale z minionej epoki ustrój sądów. Wykonując zawód sędziego, musiałbym płacić za to odejściem od swoich idei, zdrowiem, utratą rodziny. Dlatego zdejmuję łańcuch z godłem.
Sędzia Sielecki: Szafy pękają od akt, a my nie jesteśmy już w stanie wykonać tak tytanicznego zadania. Rodzina przestała akceptować moją pracę do wieczora. Dzieci już nie pozwalały pisać uzasadnień do północy. Pracujemy za trzech, ponad siły, a wysiłek idzie z dymem w komin.
Tylko pilne sprawy
Do sądu we Wschowie wpływa rocznie ponad 2,3 tys. spraw karnych. Do tego trzeba doliczyć ponad 2,5 tys. spraw cywilnych. Kolejne kilka tysięcy to sprawy wieczysto-księgowe i rodzinne (w ostatnich latach sąd odnotował blisko 280-procentowy wzrost). Zaległości sięgają kilkunastu miesięcy. Sędzia ma ponad 150 wokand rocznie, czyli cztery razy więcej niż przeciętny polski sędzia. Niekiedy na wyznaczenie pierwszej rozprawy cywilnej czeka się rok.
Sielecki rezygnuje z prezesury nie tylko, dlatego że jest "wypalony", ale także dlatego, że obawia się sankcji dyscyplinarnych. - Balansuję na granicy postępowania dyscyplinarnego za przekraczanie terminów i przewlekłość postępowań. Wszystko będzie można mi przypisać. Papier przyjmie wszystko i nikt nie będzie słuchał, że pracuję za czterech. Jestem odpowiedzialny za nadzór i dobrą pracę sądu, ale w takim składzie nie da się pracować - mówi.
Oprócz sędziów brakuje też woźnego, informatyka, ochroniarza. Praca sekretariatów opiera się na stażystach z pośredniaka. Po pół roku, każdego trzeba przyuczać na nowo i nadzorować.
Sąd orzeka głównie najpilniejsze sprawy - z tymczasowym aresztowaniem. Akty oskarżenia pedofila czy sprawcy śmiertelnego wypadku też muszą odczekać w kolejce. Nieraz sędziowie nie mają czasu, by przesłuchać świadków. Muszą wystarczyć akta. - Na szczęście mamy spore doświadczenie i wpadki się nie zdarzają. Ale każdy sędzia wie, że najgorsze, co może się przydarzyć, to skazanie niewinnego i tego najbardziej się boję. Jeśli sędzia jest tak przepracowany i zmuszony jest wydawać wyroki taśmowo. Dłużej takiej odpowiedzialności brać na siebie nie mogę - opowiada prezes.
Rozparcelować sąd?
Prezes Sielecki alarmował Sąd Okręgowy w Zielonej Górze, Sąd Apelacyjny w Poznaniu, w końcu ministra sprawiedliwości. - Obiecywano wsparcie, ale nigdy go nie dostałem. Pisma do ministra zostały zupełnie bez odpowiedzi.
Elżbieta Fijałkowska, rzecznik Sądu Apelacyjnego w Poznaniu nie chciała odpowiadać na nasze pytania. - Proszę pytać prezesa SO w Zielonej Górze. Nie jesteśmy winni tłumaczeń - odpowiada.
Anna Jasińska, prezes Sądu Okręgowego w Zielonej Górze: - Sytuacja kadrowa sądu we Wschowie od początku nie była wzorcowa. Mam wrażenie, że ten sąd nie ma szczęścia, choć zarządza nim dobry prezes. Często bywało tak, że nie mogliśmy zatrudnić sędziów, bo etaty były zamrożone przez zawieszonych lub chorych sędziów - tłumaczy Jasińska. Zastanawia się, czy nie lepiej byłoby, gdyby sąd we Wschowie był zamiejscowym wydziałem sądu w Lesznie, oddalonym tylko o 20 km mieście w Wielkopolsce. Twierdzi, że sytuacja ma się zmienić. Jesienią wszczęto procedury nominowania trzech dodatkowych sędziów. Na jedno miejsce zgłosiło się pięciu chętnych. Ale nominację muszą jeszcze podpisać minister sprawiedliwości i prezydent. A to potrwa kilka miesięcy.
Sędzia Sielecki: - Nawet, jeśli ktoś tu przyjdzie, to na krótko. Który z sędziów będzie dojeżdżać 100 km codziennie? Wschowa to zaścianek, kto będzie układał tu życie swoje i swojej rodziny - odpowiada. Nie wierzy w poprawę. Oblicza: - W czerwcu zostanie jeden sędzia, może zakończy się procedura nominacji trzech kolejnych sędziów. I znów będzie tylko czterech sędziów, a powinno być ich dwa razy więcej. I kto będzie uczył tych nowych sędziów bez żadnej praktyki orzeczniczej, werbowanych z referendarzy czy asystentów oraz weźmie za nich odpowiedzialność?.
- Jest jakieś rozwiązanie? - pytamy.
- Z bólem serca myślę, że likwidacja sądu. Dojrzałem do tej decyzji. Dla dobra mieszkańców, by niezbyt daleko dojeżdżać do sądu, należałoby całe gminy podpiąć pod najbliższe sądy. Sławę do sądu w Nowej Soli, Szlichtyngową do Głogowa, a Wschowę do Leszna. Choć te dwie ostatnie nie leżą w naszym okręgu i naszej apelacji. Dla mnie ta formuła, w której pracowałem, wyczerpała się. Muszę odejść, aby coś się zmieniło.
- 1 komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
6 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień





