Myślałam, że jestem w ciąży. Niestety to był rak

Beata Tokarz
2010-12-07 , aktualizacja: 07.12.2010 09:11
A A A Drukuj
Zrobiłam mnóstwo testów ciążowych, tak bardzo chciałam zobaczyć dwie kreski. Ale to nie była ciąża. Wyrok - rak inwazyjny z przerzutami - opowiada Donata Wojnicz, która wygrała walkę z nowotworem
*Donata Wojnicz, koordynatorka działań Kwiatu Kobiecości w Zielonej Górze. Kilka lat temu była rzecznikiem zielonogórskiej policji
Fot. Beata Tokarz / Agencja Gaze
*Donata Wojnicz, koordynatorka działań Kwiatu Kobiecości w Zielonej Górze. Kilka lat temu była rzecznikiem zielonogórskiej policji
Rak szyjki macicy to nie może być wstydliwy temat. Trzeba walczyć nie tylko z chorobą, ale także ze stereotypami - mówią kobiety z całej Polski, które pokonały nowotwór i kilka lat temu założyły organizację Kwiat Kobiecości. Teraz rozkwita on w Zielonej Górze pod okiem Donaty Wojnicz.

Wczoraj "kwiatki" zorganizowały pierwszą akcję. Odwiedziły kobiety na oddziałach ginekologicznych i onkologicznych w szpitalach w Zielonej Górze, Nowej Soli i Sulechowie. Dały im drobne upominki, ale też ulotki i broszury informacyjne. Dzisiaj jadą do Gorzowa.

Beata Tokarz: - Gdy mówi się o nowotworze u kobiet, na myśl przychodzi rak piersi i Amazonki. O raku szyjki macicy jakoś niewiele się słyszy. Dlaczego?

Donata Wojnicz: - Pewnie z powodu wstydliwości. Niepotrzebnej, ale uwarunkowanej naszym wychowaniem. A o raku szyjki macicy trzeba mówić, i to bardzo głośno. Po raku piersi, to w Polsce drugi nowotwór pod względem zachorowalności i śmiertelności. O ile w przypadku piersi rak jest genetyczny, to rak szyjki macicy wywoływany jest przez wirus, na który już wynaleziono szczepionkę. Znamy wroga i możemy się przed nim zabezpieczyć.

Szczepionki w Polsce uznaje się za propagandę koncernów farmaceutycznych, które po prostu chcą zarobić.

- To źle. Autor szczepionki dostał Nagrodę Nobla. Na rynku jest wiele firm ją sprzedających, więc to nie jest nabijanie kieszeni jakiemuś koncernowi, ale dbanie o siebie. W 14 krajach Europy przeciw wirusowi HPV szczepi się odgórnie dziewczynki w wieku 11 lat jeszcze przed inicjacją seksualną. Ale i kobiety przed 50-tką mogą się zaszczepić. Nawet w Rumunii szczepienia są obowiązkowe. Polska jest czarną dziurą na mapie Europy. Mamy największą zachorowalność, największą umieralność i nie ma szczepień. Codziennie 10 kobiet w Polsce dowiaduje się, że ma raka szyjki macicy, a pięć kobiet umiera na tę chorobę. To niepotrzebne śmierci.

Co chce z tym zrobić organizacja?

- Jest już petycja do ministerstwa o refundację szczepionek i wpisanie jej do obowiązkowego kalendarza. Szczepienia to jedno. Drugi cel to edukacja. Trzeba przeciwstawić się stereotypom, że to choroba wstydliwa. Rak szyjki macicy może zaatakować każdą z nas, niezależnie od wieku, statusu społecznego, liczby partnerów seksualnych. 80 proc. kobiet chociaż raz w życiu zaraziło się tym wirusem. Organizm może sam go zwalczyć, ale gdy jest obniżona odporność albo zarażenie jest po raz kolejny, wtedy może nie mieć sił na walkę. Choroba zaczyna się rozwijać. Trzeba więc o siebie dbać, zdrowo się odżywiać, nie palić, zminimalizować stresy, ale i uważać na basenach, w saunach, publicznych toaletach. Tam łatwo się zarazić. Trzeba też zacząć o chorobie mówić. Sama dopóki nie zachorowałam, nie miałam pojęcia, co to jest wirus HPV. Wprawdzie w ostatnich latach pojawiły się kampanie na rzecz cytologii, ale to za mało. Nadal wiele kobiet nie wie, po co ma iść się zbadać.

Jak to? Przecież dzięki cytologii można wykryć raka.

- Slogan dobry. Ja też robiłam cytologię regularnie. Pracowałam w policji, więc zdrowie było ważne. Gdy skończyłam 45 lat, robiłam cytologię nawet co pół roku. Szkopuł w tym, żeby była dobrze wykonana. Lekarz robił mi to badanie wacikiem do uszu, a mój rak był wewnątrzkanałowy, więc wymazy dawały nierzetelny obraz. Fakt, że gdybym ich nie robiła w ogóle, to pewnie by mnie tu już nie było. Rak szyjki macicy nie daje żadnych objawów, dlatego tak ważna jest cytologia wykonana szczoteczką ginekologiczną. Wprawdzie nawet ona plus szczepienie nie daje 100 proc. pewności zdrowia, ale daje ogromne szanse na to, że raka wykryje się we wczesnym stadium. A to z kolei prosta droga do całkowitego wyleczenia.

No, ale co mam zrobić, kiedy lekarz podchodzi do mnie z wacikiem podczas badania?

- Trzeba wstać, ubrać się i wyjść. Powinniśmy dbać o siebie, a nie dobre samopoczucie lekarza. Musimy być świadome tego, jak badanie powinno wyglądać, jakie są skutki dobrego i złego badania.

Jak było w pani przypadku?

- Robiłam regularnie cytologię. "Wszystko bardzo dobrze, jest pani w doskonałej formie" - słyszałam za każdym razem od lekarza. W listopadzie 2006 r. wynik nie był jednak już taki dobry, ale ginekolog uspokajał mnie, że to tylko drobna infekcja. Dał leki. Przed świętami zaczęłam mieć pierwsze objawy, ale lekarz kazał dalej brać tabletki. W styczniu zrobił mi USG. Całe szczęście, że ekran monitora był skierowany w moją stronę. Gołym okiem jako laik widziałam, że coś jest nie tak. "No widzę, jakby była pani w ciąży, ale przecież pani nie jest" - powiedział lekarz i zapisał kolejne leki. Miałam wtedy 48 lat. Poszłam do innego lekarza. "Życzę pani z całego serca, żeby była pani w tej ciąży, bo jak nie, to jest pani poważnie chora" - usłyszałam. Zrobiłam mnóstwo testów ciążowych, tak bardzo chciałam zobaczyć dwie kreski. Ale to nie była ciąża. Wyrok - rak inwazyjny z przerzutami. Za trzy dni już byłam w poznańskim szpitalu na operacji. To był ostatni dzwonek. Potem radioterapia, chemioterapia, brachyterapia. Byłam jak granatem oderwana od swojego biurka, swojej pracy, rodziny, dotychczasowego życia i przeniesiona w inny wymiar: szpitala, choroby, walki o życie. Przestaje się liczyć cokolwiek. Na weekendy przyjeżdżałam do domu. To odliczanie dni, kiedy znowu będę w swojej łazience, sypialni, z bliskimi dawało mi siły do walki.

Jak psychicznie sobie pani radziła z chorobą?

- Przeszłam przez koszmar. To zdarzyło się 4 lata temu, emocje zostały. Trauma na całe życie. Chociaż wszystko wskazuje na to, że walkę wygrałam, już zawsze będę się bała. Każda dolegliwość to strach, że być może rak się odezwał. W tej chorobie kobieta nie może być samotna. Mam to szczęście, że rodzina była cały czas przy mnie. Dzieci przywiozły mi stosy książek z poradami, co jeść, jak myśleć, jak walczyć. Kazali mi się uczyć angielskiego, żeby tylko nie słuchać innych kobiet. Miałam też w szpitalu psychologa, z którym przegadałam długie godziny. Jestem z tych, co chcą wiedzieć. Pytałam, co będzie po pierwszej, drugiej i dziesiątej chemii. Na początku czułam się dobrze, pomagałam nawet innym kobietom. Ale podczas choroby ktoś codziennie dokłada do twojego plecaka 2-kg cegłę. Przyszedł czas, że nie mogłam się podnieść pod jego ciężarem. O ile dotychczas byłam silna, twarda, teraz co noc miałam mokrą poduszkę. Po 3 miesiącach w szpitalu wyjechałam do przyjaciół w Alpy. O chodzeniu w góry nie było mowy, bo dla mnie szczytem było przejście z sypialni do łazienki. Ale oderwałam się od szpitala, choroby. Zmieniłam całkowicie otoczenie. Gdybym wtedy była w domu sama, bo rodzina w pracy, to nie wiem, co by ze mną było. Schudłam 12 kg, ale nabrałam siły w sobie.

Rodzina, psycholog, przyjaciele w Austrii nie każda z chorych kobiet ma takie warunki leczenia.

- Wiem. Będąc w szpitalu, widziałam kobiety, które nie miały żadnego wsparcia. Mężowie czy partnerzy porzucili je, bo zachorowały. Gdy widzi się własną trumnę na katafalku i swoje nekrologi, a nie ma bliskich obok, to nie ma sił na walkę. Organizacja Kwiat Kobiecości jest też po to, by te kobiety poczuły, że nie są same, że mogą liczyć na wsparcie, rozmowę, by miały kogo zapytać o chorobę. Ja już w szpitalu wiedziałam, że coś chcę robić w tym kierunku.

Stąd pomysł zielonogórskiego oddziału Kwiatu Kobiecości?

- Tak. Na razie jesteśmy w fazie organizacyjnej. Potrzebne są każde chętne ręce do pracy, szczególnie zapraszamy psychologów. Chcemy robić spotkania informacyjne również dla mężczyzn, by wiedzieli, jak reagować na chorobę i pomagać kobiecie. W planach mamy akcje edukacyjne w szkołach, ale chcemy dotrzeć do pań z różnych środowisk i w różnym wieku.

Rozmawiała Beata Tokarz

*Donata Wojnicz, koordynatorka działań Kwiatu Kobiecości w Zielonej Górze. Kilka lat temu była rzecznikiem zielonogórskiej policji.

Napisz albo zadzwoń

Informacje na temat organizacji można znaleźć na stronie www.kwiatkobiecosci.pl. Każda kobieta, która chce porozmawiać, może też kontaktować się z Donatą Wojnicz: donata@kwiatkobiecosci.pl, tel.: 782 736 095.

Podziel się

  • 11 komentarzy
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    7 głosów