Żel-art: Obrazy malowane żelem z długopisów
2011-06-07
, aktualizacja: 07.06.2011 09:31
Jan Kanty Pawluśkiewicz w zielonogórskiej Galerii U Jadźki: ale nie jako kompozytor z Piwnicy pod Baranami, ale jako plastyk. I to niebanalny, bo wykorzystuje żel z długopisów
Jan Kanty Pawluśkiewicz to w powszechnej świadomości przede wszystkim kompozytor muzyki filmowej i teatralnej (m.in. "Gorączka" Agnieszki Holland, "Zawrócony" Kazimierza Kutza), współzałożyciel legendarnego zespołu Anawa i twórca muzyki to tekstów Marka Grechuty.
Mistrz Kanty wprawdzie zagrał w zielonogórskiej Galerii U Jadźki na pianinie, ale to był taki występ "przy okazji". Tak naprawdę przyjechał tu, by otworzyć wystawę pod tytułem "Eteryczny realizm". Ekspozycja jest niecodzienna. Kryje pewne historie, anegdoty. Ale istotniejsza jest zagadka techniczna: Jan Kanty posługuje się metodą żel-artu, z której w Polsce korzysta tylko on. Kompozytor wykorzystuje... żel wydobyty z długopisów i piór. Efekt robi wrażenie. Zwłaszcza na kimś, kto nie wie, że jeden centymetr kwadratowy takiej pracy to blisko 400 kropek naniesionych długopisem żelowym.
Pawluśkiewicz, od lat związany z krakowską Piwnicą pod Baranami i Teatrem Stu, w galerii na deptaku sypał anegdotami. Opowiadał o tym, jak pokochał twórczość Papuszy i nauczył się mówić po cygańsku. Publiczności zebranej w zaułku przy ul. Żeromskiego życzył, "żeby towarzystwo się wzajemnie adorowało, głupstwami zabawiało, i żeby coś z tego wynikało. "Gazecie" tłumaczył, dlaczego coraz częściej odskakuje od muzyki i godzinami żeluje, żeluje, żeluje...
Obrazy buduje tysiącami kresek, zygzaków, wzorków i zawijasów. Setki kształtów przypomina wschodnie, ruchome obrazy z ziaren piasku. Widzimy egzotyczny melanż w intensywnych barwach. Wszystko błyszczy jak drobinki złota.
Paulina Nodzyńska: Sprawia pan wrażenie, jakby w Zielonej Górze czuł się jak u siebie. Chyba polubił pan Galerię U Jadźki.
Jan Kanty Pawluśkiewicz: Bo byłem tu już trzy razy i niezłe numery widziałem (śmiech). Ale teraz zupełnie poważnie. To miejsce przypomina mi najlepsze czasy krakowskiej Piwnicy pod Baranami. Te, w których towarzystwo wzajemnie się adorując, w najlepszym tego słowa znaczeniu, tworzyło swego rodzaju elitę. Zabawiało się różnymi głupstwami, a jednocześnie proponowało rzeczy całkiem serio. Rzeczy, które miały nie tylko rozbawić, ale także uczyć. Być tu, to nie tylko przyjemność, ale zaszczyt.
Zbiór obrazów powstał za pomocą techniki żel-art. Nikt przed panem nie mógł w niej tworzyć, bo to pan ją wymyślił
- i proszę wybaczyć nutkę arogancji, ale mam wrażenie, że jest oryginalna. Żel, którego używam w malarstwie, jest wynikiem poszukiwań technologicznych ostatnich kilkunastu lat. To żel hinduski, organiczny, który Japończycy umieścili w piórach i długopisach. Stał się dla mnie absolutnym odkryciem technologicznym. Wśród znanych mi tworzyw nie ma takiego, które byłoby równie ekscytujące.
Na czym polega przewaga żelu nad pędzlem i farbami?
- Tradycyjne techniki mają swój urok i tajemnicę, nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Ale tu współczesność daje mi do dyspozycji tworzywo, dzięki któremu stwarzam rodzaj iluzji. Żel błyszczy się, przeskakuje, daje wrażenie trójwymiarowości. Mam do wykorzystania żele metaliczne, brokatowe, pastelowe. Mogę tworzyć niezrównoważone kompozycje. Moim zadaniem jest tak zapanować nad formą i doborem nieskazitelnie czystych kolorów, żeby w obrazie stworzyć rodzaj pewnego ruchu.
Prace powstają poprzez nakładanie tysięcy kropek. To musi pochłaniać masę czasu i cierpliwości...
- To prawda. Korzystałem z kropki, ale teraz odchodzę od tego sposobu i bazuję na wiedzy absolwenta architektury. Te studia nauczyły mnie rzetelności i porządku. Architektura pokazana w żelu stanowi nową jakość. Jak powstają prace? Najpierw robię projekty obrazów, a następnie żelem zapełniam skomponowane kształty. Realne, nierealne, bliskie realizmowi. W ten sposób powstaje coś, co nazywam abstrakcją figuralną.
Polska zna pana bardziej jako kompozytora niż malarza. Sztuką nie zajmuje się pan "od zawsze". Co kieruje kompozytorem z tak bogatym dorobkiem, gdy stwierdza, że chce działać w innej dziedzinie?
- W muzyce przepracowałem kilkadziesiąt lat. Mam wrażenie, że co miałem zrobić, to już zrobiłem. Napisałem dużo, może nawet za dużo. Niektóre utwory wciąż czekają na koncerty, na możliwość zabrzmienia. Jest taki stan, kiedy człowiek chce zrobić coś z własnej potrzeby, a nie na zamówienie. A ja przecież mam do pokazania coś jeszcze. Spędziłem kilkanaście lat, by poznać technikę żel-art.
Podsumujmy muzyką. Jak pan ocenia wspominanie Marka Grechuty? Czy niektóre przedsięwzięcia, np. takie jak "Projekt Grechuta" nie wydają się panu profanacją twórczości Anawy?
- Moje spojrzenie nie będzie obiektywne, bo siedziałem w tym od środka. Na pewno fascynujące jest to, że od czasu, kiedy robiliśmy te piosenki, minęło kilkadziesiąt lat, a artyści wciąż się nimi interesują. Począwszy od raperów, poprzez Grzegorza Turnaua, skończywszy na Waglewskim i zespole Plateau. To, że ktoś ciągle dostrzega w tym element świeży, inspirujący, oznacza, że ta muzyka żyje. Że jeszcze nie "po ptokach". Dzięki temu jeszcze bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że Marek był geniuszem drugiej połowy XX wieku. Jednym z największych, obok Demarczyk i Niemena.
Mistrz Kanty wprawdzie zagrał w zielonogórskiej Galerii U Jadźki na pianinie, ale to był taki występ "przy okazji". Tak naprawdę przyjechał tu, by otworzyć wystawę pod tytułem "Eteryczny realizm". Ekspozycja jest niecodzienna. Kryje pewne historie, anegdoty. Ale istotniejsza jest zagadka techniczna: Jan Kanty posługuje się metodą żel-artu, z której w Polsce korzysta tylko on. Kompozytor wykorzystuje... żel wydobyty z długopisów i piór. Efekt robi wrażenie. Zwłaszcza na kimś, kto nie wie, że jeden centymetr kwadratowy takiej pracy to blisko 400 kropek naniesionych długopisem żelowym.
Pawluśkiewicz, od lat związany z krakowską Piwnicą pod Baranami i Teatrem Stu, w galerii na deptaku sypał anegdotami. Opowiadał o tym, jak pokochał twórczość Papuszy i nauczył się mówić po cygańsku. Publiczności zebranej w zaułku przy ul. Żeromskiego życzył, "żeby towarzystwo się wzajemnie adorowało, głupstwami zabawiało, i żeby coś z tego wynikało. "Gazecie" tłumaczył, dlaczego coraz częściej odskakuje od muzyki i godzinami żeluje, żeluje, żeluje...
Obrazy buduje tysiącami kresek, zygzaków, wzorków i zawijasów. Setki kształtów przypomina wschodnie, ruchome obrazy z ziaren piasku. Widzimy egzotyczny melanż w intensywnych barwach. Wszystko błyszczy jak drobinki złota.
Paulina Nodzyńska: Sprawia pan wrażenie, jakby w Zielonej Górze czuł się jak u siebie. Chyba polubił pan Galerię U Jadźki.
Jan Kanty Pawluśkiewicz: Bo byłem tu już trzy razy i niezłe numery widziałem (śmiech). Ale teraz zupełnie poważnie. To miejsce przypomina mi najlepsze czasy krakowskiej Piwnicy pod Baranami. Te, w których towarzystwo wzajemnie się adorując, w najlepszym tego słowa znaczeniu, tworzyło swego rodzaju elitę. Zabawiało się różnymi głupstwami, a jednocześnie proponowało rzeczy całkiem serio. Rzeczy, które miały nie tylko rozbawić, ale także uczyć. Być tu, to nie tylko przyjemność, ale zaszczyt.
Zbiór obrazów powstał za pomocą techniki żel-art. Nikt przed panem nie mógł w niej tworzyć, bo to pan ją wymyślił
- i proszę wybaczyć nutkę arogancji, ale mam wrażenie, że jest oryginalna. Żel, którego używam w malarstwie, jest wynikiem poszukiwań technologicznych ostatnich kilkunastu lat. To żel hinduski, organiczny, który Japończycy umieścili w piórach i długopisach. Stał się dla mnie absolutnym odkryciem technologicznym. Wśród znanych mi tworzyw nie ma takiego, które byłoby równie ekscytujące.
Na czym polega przewaga żelu nad pędzlem i farbami?
- Tradycyjne techniki mają swój urok i tajemnicę, nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Ale tu współczesność daje mi do dyspozycji tworzywo, dzięki któremu stwarzam rodzaj iluzji. Żel błyszczy się, przeskakuje, daje wrażenie trójwymiarowości. Mam do wykorzystania żele metaliczne, brokatowe, pastelowe. Mogę tworzyć niezrównoważone kompozycje. Moim zadaniem jest tak zapanować nad formą i doborem nieskazitelnie czystych kolorów, żeby w obrazie stworzyć rodzaj pewnego ruchu.
Prace powstają poprzez nakładanie tysięcy kropek. To musi pochłaniać masę czasu i cierpliwości...
- To prawda. Korzystałem z kropki, ale teraz odchodzę od tego sposobu i bazuję na wiedzy absolwenta architektury. Te studia nauczyły mnie rzetelności i porządku. Architektura pokazana w żelu stanowi nową jakość. Jak powstają prace? Najpierw robię projekty obrazów, a następnie żelem zapełniam skomponowane kształty. Realne, nierealne, bliskie realizmowi. W ten sposób powstaje coś, co nazywam abstrakcją figuralną.
Polska zna pana bardziej jako kompozytora niż malarza. Sztuką nie zajmuje się pan "od zawsze". Co kieruje kompozytorem z tak bogatym dorobkiem, gdy stwierdza, że chce działać w innej dziedzinie?
- W muzyce przepracowałem kilkadziesiąt lat. Mam wrażenie, że co miałem zrobić, to już zrobiłem. Napisałem dużo, może nawet za dużo. Niektóre utwory wciąż czekają na koncerty, na możliwość zabrzmienia. Jest taki stan, kiedy człowiek chce zrobić coś z własnej potrzeby, a nie na zamówienie. A ja przecież mam do pokazania coś jeszcze. Spędziłem kilkanaście lat, by poznać technikę żel-art.
Podsumujmy muzyką. Jak pan ocenia wspominanie Marka Grechuty? Czy niektóre przedsięwzięcia, np. takie jak "Projekt Grechuta" nie wydają się panu profanacją twórczości Anawy?
- Moje spojrzenie nie będzie obiektywne, bo siedziałem w tym od środka. Na pewno fascynujące jest to, że od czasu, kiedy robiliśmy te piosenki, minęło kilkadziesiąt lat, a artyści wciąż się nimi interesują. Począwszy od raperów, poprzez Grzegorza Turnaua, skończywszy na Waglewskim i zespole Plateau. To, że ktoś ciągle dostrzega w tym element świeży, inspirujący, oznacza, że ta muzyka żyje. Że jeszcze nie "po ptokach". Dzięki temu jeszcze bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że Marek był geniuszem drugiej połowy XX wieku. Jednym z największych, obok Demarczyk i Niemena.
- Dodaj komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
5 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień



