Łgarstwa "Łgarza" wg Jerzego Bończaka

Dorota Żuberek
25.01.2007 , aktualizacja: 25.01.2007 14:12
A A A Drukuj
Fot. Marcin Olejniczak / AG
Kłamać czy nie kłamać - oto jest pytanie... Wypadałoby nałgać o spektaklu, tak jak zrobiłby to Lelio - główny bohater komedii Goldoniego. On kłamstwo by nazwał "Pełnym Polotu Pomysłem". Ale akurat tego zabrakło, wiec prawdę napiszę

Fot. Marcin Olejniczak / AG


Piątkowa premiera „Łgarza” w Teatrze Lubuskim była wydarzeniem. Na widowni zasiadły koki, głębokie dekolty, koronkowe bluzki i garnitury. Na koniec były kwiaty, oklaski i ukłony aktorów na koniec. Ale zawsze tak jest.

„Łgarz” to obrazek rodzajowy z życia w Wenecjan. Mamy kolorową scenografię, gondolę, która pływa na drewnianych płozach, strojne suknie niezbyt ciekawych (głupich), choć pięknych kobiet, oraz kawalerów ze szpadami u boku i kokardkami przy butach.

Kiedy na jeden z prób generalnych pytałam reżysera, co może się nie udać, usłyszałam, że może się stać wszystko.

Jerzemu Bończakowi przeszkadzało wtedy, że aktorzy grali „bez bigla” - czyli sceny „siadały”, następowało po scenach udanych jakby tąpnięcie, uspokojenie.

Reżyser (i aktor) zapewniał, że gdy tylko na widowni pojawi się publiczność, wszystko będzie lepiej.

Czy było? Chyba nie.

Czego dowiemy się ze „Łgarza”?

Że mężczyźni kłamią. Że kobiety myślą tylko o wydaniu się za mąż. Że światem rządzi pieniądz i tytuły (wersja współczesna: stanowiska i znajomości). Że nawet oszust może żyć bez ponoszenia konsekwencji swoich czynów.

To już wiemy.

Zrealizować dzieło osiemnastowiecznego dramaturga łatwo. Komedia dell'arte to niewymagający gatunek. Część postaci jest niemal do niego przypisana. Jest Arlekin, jest pokojówka Colombina, jest starzec Pantallone... Gotowiec.

Ale wiadomo, że najbardziej podoba się nam to, co już raz widzieliśmy

I to właśnie ta przewidywalność w czasach przesytu współczesnością (smutną, dziwaczną szarą i okropną) nas najbardziej zaskakuje.

I tym „Łgarz” może wygrać.

No bo po co idziemy do teatru? Pobawić się, pośmiać, oderwać się od codzienności. Czyli wszystko ok.?

Spektakl jest sprawnie (i szybko - bo w cztery tygodnie) wyreżyserowany, który się po prostu... ogląda. Nie można pominąć kilku bardzo ciekawych kreacji.

Dobry tytułowy Łgarz (w tej roli Wojciech Czarnota). Postać budząca niejednoznaczne uczucia. Zabawny, choć irytujący. Denerwują nas jego kłamstwa. Ale swoisty podziw może budzić współczesna kreatywność i błyskotliwość w pleceniu andronów.

A jego ojciec... Jerzy Kaczmarowski wyróżniał się na scenie. Grał całym sobą. Stworzył postać, która ujęła widzów. To było widać.

Widownia zaśmiewała się z zalotów pokojówki Colombiny (Hanna Klepacka)i Arlekina (Andrzej Nowak). Dialogi doskonałe, aktorstwo niezłe. Ich było widać na scenie. Chciałoby się więcej.

Nie było... Szkoda.

Ale się śmiałam. Dwa razy. I trzy razy uśmiechnęłam się pod nosem. Wystarczy? Jak na comedię dell'arte to chyba za mało...





Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów