Sposób na autyzm: poznaj historię ojca i syna

Patryk Świtek
27.03.2008 , aktualizacja: 27.03.2008 17:44
A A A Drukuj
Pan Jarek z Żar był spokojnym człowiekiem, naprawiał telewizory. Zmienił go autyzm syna. Dziś naukowcy zapraszają go, by opowiedział jak pomógł dziecku
Jarosław Budźko z synem Przemkiem
Jarosław Budźko z synem Przemkiem
Jest 21 września 2007 r., w auli Uniwersytetu Wrocławskiego trwa III Międzynarodowa Konferencja Logopedyczna. Aula wypełniona magistrami, doktorami i profesorami.

Referat "Mój sposób postępowania z autystycznym synem" odczytuje gość specjalny - Jarosław Budźko, technik elektronik z Żar. Żeby nie wywoływać kontrowersji, na identyfikatorze ma tylko imię i nazwisko. Tak doradziła dr Małgorzata Młynarska, szef Komitetu Organizacyjnego. Budźko opowiada o autyzmie syna i o tym, jak przywrócił go do życia. W tle lecą slajdy. Na sali panuje cisza, czasem przerywana szlochem niektórych słuchaczy. Potem owacje na stojąco.

Diagnoza - autyzm

Pół roku po wrocławskiej konferencji. Spotykamy się w domu Budźki w Żarach. Niewysoki, po czterdziestce, okulary w złotej oprawce dodają twarzy sympatycznego wyrazu. Prowadzi w Żarach zakład RTV. Opowiada niskim głosem, często żartuje. Przedstawia mi żonę Bożenę i synów: 6-letniego Marcina i 12-letniego Przemka - bohatera referatu.

Pijemy kawę w salonie, obok siedzi Przemek. Jest trochę niespokojny, nogi mu wędrują to na stół, to na ojca. Wreszcie wstaje i pędzi na górę do brata. Na autyzm choruje od trzeciego roku życia.

- Zaczęło się od szczepionki, a przynajmniej tak podejrzewam, bo po niej zaczął się u Przemka regres - wspomina pan Jarek. - Zauważyliśmy, że się wycofuje. Zrobił się grzeczny, milutki, mniej rozrabiał, ale coraz mniej mówił i mniej myślał. Coś było nie tak.

Pierwszy raz usłyszeli o autyzmie w Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej. Żeby potwierdzić diagnozę, pojechali do Gdańska na badania. Nie czekali na wyniki (te miały przyjść za pół roku). Trafili do Stowarzyszenia Twórców i Zwolenników Psychostymulacji we Wrocławiu, gdzie poznali dr Małgorzatę Młynarską i dr. Tomasza Smerekę. Eksperci potwierdzili diagnozę. Przez następne miesiące Budźkowie regularnie przyjeżdżali z Przemkiem na terapię, ale regres postępował.

- Patrzyłem bezradnie, jak mój syn zamienia się w galaretę. W chaosie szukaliśmy ratunku. Wielkie nadzieje pokładałem w lekarzach, ale już we Wrocławiu te nadzieje prysły, bo tam dowiedzieliśmy się z żoną, że terapia musi być intensywna i długa - opowiada.

Noc to dzień

Pamiętają, jak bez przerwy zmieniali Przemkowi pieluchy, gdy z trudem kontrolował fizjologię. Czuwali przy nim 24 godziny na dobę. Nie chciał jeść, wymiotował. Dokarmiali syna, gdy spał. Przemek stał się agresywny, drapał się do krwi, uderzał głową, panikował, rzucał się na podłogę. Zaczął mylić noc z dniem.

Rehabilitacje w Szprotawie. Było bliżej, więc mogli to robić częściej. Poprawy wciąż nie było, aż do pewnego wiosennego dnia. - Byłem z synem w ogródku i zauważyłem, że reaguje na mój głos. To był szok, bo wcześniej można było przy nim walić w bęben, tłuc talerze i nie było żadnej reakcji. Postanowiłem sprawdzić, czy faktycznie mnie słyszy. Włożyłem mu do ręki kamień i kazałem, żeby mi go oddał. I tak chyba z tysiąc razy, aż wreszcie oddał i potrafił to powtórzyć. Od tego momentu zacząłem go bacznie obserwować i zastanawiać się, jak do niego dotrzeć.

Pan Jarek przypomina sobie wczasy rehabilitacyjne w Jarosławcu. Nazywał siebie "ojciec folklor", bo był jedynym tatusiem na placu zabaw. Inni tatusiowie siedzieli w barach, dzieci bawiły mamy.

Zauważył, że Przemek uspokaja się podczas oglądania niektórych programów telewizyjnych. Przez kilka dni je selekcjonował. Zwracał uwagę na jaskrawość i kolory, tempo zmiany scen, aż wreszcie doszedł do tego, że to nie na obraz reaguje Przemek, ale na dźwięk. - Uspokajał się, słuchając telezakupów - śmieje się pan Jarek.

Przemek zapłakał

- Zaczęliśmy łapać z Przemkiem kontakt. Wykorzystując mój głos, pokazywaliśmy mu obrazki. Zaobserwowaliśmy ruch źrenic. Wcześniej nie było nawet pewności, czy nas widzi. I wreszcie nastąpił przełom - przerywa na chwilę pan Jarek. - Po roku Przemek zapłakał! Wcześniej nie pokazywał żadnych emocji.

Ojciec zaczął oswajać Przemka z lękami. Zalewał go potokiem słów. Przemek bał się wejść na drabinkę na placu zabaw. Ojciec, chcąc by go usłyszał, powtarzał jak karabin, że nie ma zagrożenia. I tak w kółko.

Jak zmusić Przemka do jedzenia? Biegiem. Codziennie wspólnie truchtali, co miało wywołać łaknienie, zahamować wymioty, zmienić przyzwyczajenia pokarmowe. Aż Przemek zaczął sam jeść. - Trudno mi o tym mówić, jeszcze weźmie mnie pan za sadystę - wspomina ojciec. Przy każdym posiłku stał za synem i mocno trzymał go za ręce. Siłą uczył chwytać jedzenie i wkładać do ust. I wciąż mówił.

Dzisiaj Przemek umie czytać i pisać, liczyć do pięciu i rozwiązywać proste zadania matematyczne. Nie nosi pampersa. Przestał być agresywny, je nożem i widelcem. Sam się ubiera, bawi, jeździ konno. Nie chodzi do specjalnej szkoły, ale do publicznej.

Metoda kilku drobnych sposobów

Pan Jarek przyznaje, że metodę na autyzm wymyślił przez przypadek. Nie prowadził notatek, dziennika. Nawet przez chwilę nie spodziewał się, że coś stworzy, jak mówi, po prostu szedł do przodu. Połykał książki o autyzmie, wszystkie jakie wpadły w ręce. Wciąż nie wierzy, że można coś stworzyć bez wiedzy. Swoje odkrycie nazywa: "kilka drobnych sposobów".

Proszę, żeby mi o nim opowiedział. Słyszę o asocjacjach, wygaszaniach posynaptycznych, interakcjach. - A najprościej to chodzi o to, żeby uruchomić jak największy obszar kory mózgowej u dziecka. Kiedy je czegoś uczymy, musi towarzyszyć temu jak najwięcej bodźców, wtedy łatwiej zapamiętuje. Od dziecka trzeba wymagać także reakcji. W pewnym sensie chodzi tu o oszukanie mózgu, o zbombardowanie go bodźcami.

- Pomogło? - pytam.

- Gdyby nie pomagało, nikt nie zaprosiłby mnie na żadną konferencję, a my nie rozmawialibyśmy teraz, siedząc razem z Przemkiem - odpowiada i dodaje. - Cały czas stosowałem metody psychostymulacyjne, których nauczyłem się podczas terapii, za każdym razem dodając do tego swoje pięć groszy, a z tych pięciu groszy uzbierało się więcej. Naukowcy nie musieli niczego weryfikować, wszystko zweryfikowało życie.

Panu Jarkowi proponowano publikację. Odpowiedział, że nie jest jeszcze gotowy. Jego referat ma jednak szansę znaleźć się w książce, która cyklicznie pojawia się po każdej konferencji.

O panu Jarku i jego synu rozmawiam z dr. Tomaszem Smereką. Doskonale pamięta przypadek Przemka. - Bardzo głęboki autyzm. Na ćwiczeniach podałem Przemkowi piłkę i prosiłem, żeby mi ją oddał. Asystentka naliczyła, że odezwałem się do niego 104 razy, zanim zareagował. To jest rzecz niespotykana, zwłaszcza u ojców, żeby aż tak angażowali się w rehabilitację swojego dziecka. Ale to dało niesamowity efekt. Pan Jarek to niezwykły człowiek. Podziwiam jego konsekwencję, dociekliwość. Jest kompetentnym znawcą przedmiotu i bardzo dobrym terapeutą. Ale najważniejsze, że oddanym ojcem.

Pytam pana Jarka, czy wierzy, że jego syn będzie kiedyś zdrowy.

- Nikt kilka lat temu nie dawał Przemkowi szansy, że on będzie dziś w takim stanie, w jakim jest. Nikt nie przewidywał, że będzie z nim tak dobrze. Jak będzie jutro? Nie potrafię powiedzieć, ale na pewno się nie poddamy - odpowiada.

Podziel się

  • 46 komentarzy
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy